5 marca 2017

Euskadi (Kraków)


Euskadi, czyli Kraj Basków. Kto by pomyślał, że w Krakowie, i to w niepozornym lokaliku w Podgórzu, otworzy się restauracja z baskijskimi… tapasami? To zdecydowanie jedno z najgłośniejszych otwarć tego roku oraz jeden z najciekawszych, ale też najodważniejszych pomysłów, jakie w ostatnim czasie zobaczył gastronomiczny Kraków.

Pierwsza wizyta: Weekend, wszystkie stoliki zajęte. Od razu da się zauważyć, że dwie osoby do obsługi to za mało przy prawie pełnym obłożeniu  krzątali się po tej niewielkiej przestrzeni z wypiekami na twarzy i wyraźnie zabiegani próbowali robić pięć rzeczy naraz. Trochę to trwało, aż ktoś w końcu podszedł i wskazał nasze miejsce. 

Euskadi wzbudza ciekawość. Usiedliśmy na hokerach tuż przy oknie, mieliśmy więc doskonały widok na to, jak dosłownie dziesiątki osób zatrzymywało się przy wywieszonym na zewnątrz menu, czytając z zainteresowaniem i, sądząc po minach malujących się na ich twarzach, też z niedowierzaniem. Jak informowałam na Facebooku, szefem kuchni w Euskadi jest Damian Surowiec  Polak, ale ma ponad dziesięcioletnie doświadczenie w pracy m.in. w londyńskich restauracjach, takich jak Salt Yard, Fino czy Barrafina*. Menu często jest lekko modyfikowane w zależności od tego, co zostanie dostarczone danego dnia. Bazuje ono na produktach sprowadzanych od zaufanych dostawców z Hiszpanii i Włoch (konkretniej z Wenecji) i zawiera m.in. mięso świni iberyjskiej karmionej żołędziami i ziołami czy owoce morza tak świeże, jak to tylko możliwe. Przyznajcie sami, że brzmi to wystarczająco zachęcająco.

Według instrukcji w menu, należy zamawiać 3-4 tapas na osobę, od razu więc zdecydowaliśmy się na osiem pozycji  siedem z karty i jedną spoza niej. Zaczęliśmy od pintxos, czyli takich tapasików dosłownie na jeden kęs: krewetek z szynką serrano (10 zł) oraz papryczki piquillo (9 zł). Te pierwsze rozczarowały za bardzo wyczuwalnym olejem w cieście i niemal niewyczuwalną serrano, nie były też zbyt sprężyste, za to papryczka sprawiła więcej radości za sprawą leciutkiej jak chmurka chrupiącej “skorupki”, która skrywała przyjemny, choć delikatny w smaku mus z dorsza. Do tego odrobina posiekanej pietruszki, sos z sepii i świetna oliwa (tę, wraz ze świeżym pieczywem, goście dostają również jako czekadełko). 

Następnie padło na pulpo, czyli ośmiornicę (24 zł), którą często zajadam się bez opamiętania nie tylko w Portugalii, ale też w domu; krótko mówiąc, jest to jedno z moich ulubionych morskich stworzeń. Jedząc ją w Euskadi, aż zrobiło mi się smutno  kryształki soli w ilościach nadmiernych spowodowały, że była po prostu… za słona. Oprócz podpieczonych talarków z ziemniaków, na desce były dodatkowo kapary, co, jak możecie sobie wyobrazić, podniosło słoność do potęgi. Choć teksturze nie mam nic do zarzucenia, smakiem ośmiornicy zupełnie nie można było się delektować, wielkością porcji niestety też nie grzeszyła. Zaraz później na pocieszenie pojawił się arroz negro con chipirones (25 zł), czyli ryż z gęstym, czarnym jak noc sosem z sepii i  tym razem odpowiednio chrupiącymi i bez zbędnego oleju  panierowanymi kalmarami. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że jestem w Krakowie, ba  że jestem w Polsce. Takie to było dobre.

Chorizo a la plancha (16 zł), danie spoza karty, było bardzo prostą, fajną, lekko pikantną przekąską. Pieczony topinambur (12 zł) zanurzony był w wyrazistym, lekkim sosie o mocnej nucie rozmarynu, fantastycznie współgrającej z tym warzywem. Na deser zjedliśmy torriję, czyli karmelizowaną wilgotną brioszkę namoczoną w mleku z dodatkiem kulki intensywnych lodów miętowych. To było odświeżające, dość oryginalne i całkiem smaczne zakończenie wieczoru. Ale jeszcze przed nim był czas na solomillo ibérico de bellota, czyli tę sławną polędwicę ze świni iberyjskiej karmionej żołędziami (22 zł). Podawana w wersji raczej krwistej (!), była nie tylko pełna smaku, miękka niczym masło i rozkosznie rozpływająca się w ustach, a z zewnątrz ultradelikatnie krucha, obsypana kilkoma słonymi kryształkami, ale też była jednym z najlepszych kawałków mięsa, jakie udało mi się zjeść w naszym pięknym kraju. Chodziła za mną, więc… wróciłam do niej po dwóch dniach.

Druga wizyta: Środek tygodnia, godzina dość wczesna, z początku tylko trzy stoliki zajęte (reszta, z karteczką “rezerwacja”, cierpliwie czekała na gości), więc dania wychodziły znacznie sprawniej, niż w weekend. Oprócz wspomnianej polędwicy (tym razem na dwóch talerzach – była tak samo cudowna), spróbowaliśmy croquetas de jamon (9 zł), pisto, czyli grzanki z ratatouille i sadzonym jajkiem przepiórczym (8 zł) oraz młodej sałaty rzymskiej z sardelą i boczkiem (13 zł). Wszystkie trzy, choć poprawne i całkiem smaczne, przeszły bez echa. Zwróciła na siebie uwagę jednak klasyczna tortilla (11 zł)  robiona na świeżo, złocistobrązowa, w środku skrywająca gorące, cieniuteńkie plasterki ziemniaków  przypomniała mi domową tortillę przygotowaną dla mnie kiedyś przez rodowitą Hiszpankę. 

Carrilleras  policzki ze świni iberyjskiej z delikatnym, kremowym purée z pasternaku (24 zł) też gwarantują bardzo przyjemne doznania: rozpływają się w ustach i są superintensywne w smaku. Na koniec skusiliśmy się na deskę wędlin iberyjskich (75 g, 22 zł), w tym odrobiny jamón ibérico de bellota (podobno tymczasowo w tym zestawie)  trudno odmówić im wysokiej jakości, oraz na mus czekoladowy (9 zł), obok którego niestety mogłabym przejść zupełnie obojętnie  nie był dla mnie wystarczająco słodki, a i zbyt gęsta, trochę stawiająca opór konsystencja nie wpasowała się w mój gust. 

Przyznam, że smuci mnie fakt, że obsługa i kuchnia ewidentnie nie nadąża. Przy pełnym obłożeniu jest to dość uciążliwe  dania wychodzą w nierównomiernych, niejednokrotnie zbyt długich odstępach. Pomijam wpadki typu nieodkręcenie i nienalanie wody mineralnej do szklanki po jej przyniesieniu, czy niepoczęstowanie odrobiną wina na spróbowanie po otwarciu butelki. Ale gdy pod koniec wieczoru, kiedy większość sali się już opróżnia, obsługa uważa, że ważniejsze jest wypolerowanie kieliszków czy zmiana nakrycia na stoliku niż wypatrujący od piętnastu minut kontaktu wzrokowego goście niecierpliwie czekający na rachunek  to jest w dużym błędzie. Taki brak uważności na klienta bardzo razi.

Jako że do Euskadi wybraliśmy się z szalenie wysokimi oczekiwaniami, po pierwszej wizycie wyszliśmy raczej z mieszanymi uczuciami, a druga wizyta, choć odbyła się także po to, by wyrobić sobie o tej restauracji jednoznaczną opinię, nie do końca pomogła, bo znów część dań była wprost fenomenalna albo po prostu dobra, a część mało ciekawa. Jednak jest w tym miejscu coś szalenie pociągającego, wręcz uzależniającego. Nie wiem, czy to ta jakość wspaniałych i świeżych produktów, czy smaki, które łatwo i mocno zapisują się w pamięci, ale coś czuję, że do Euskadi będę wracać.

Plus: wysoka jakość świeżych produktów, ciekawe menu, w większości bardzo dobre dania.
Minus: długi czas oczekiwania przy dużym obłożeniu, wpadki obsługi, nieskuteczna wentylacja.
Adres: ul. Kazimierza Brodzińskiego 4 | mapa | FB
Polecam: na (w dużej mierze) wyjątkowe tapas.
Średnia ocena: 3.88 na 5.     Jedzenie – 4/5     Obsługa – 3.5/5      Wnętrze – 4/5     Ceny – 4/5


















*

5 komentarzy :

  1. recenzja wydaje się obiektywna - fajnie. opisywane tapasy podekscytowały mnie.
    jedna rzecz wprawiła mnie w pewną zadumę - krwista wieprzowina, chyba bym nie zjadł w obawie o udar mózgu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ooo, a ja bym zjadłą!...
      ale nie było...tylko te owoce morza i owoce morza...
      udaru mózgu się nie bój, trzeba się dość długo wystawiać na słońce i to w lecie! żeby w ogóle można było mówić o jakimś udarze...

      Usuń
  2. Więcej informacji o wieprzowinie iberyjskiej która jest o wiele smaczniejsza a przede wszystkim zdrowsza od tej znanej nam na codzień przeczyta Pan w linku poniżej. http://www.hiszpanskiejedzenie.com/2014/01/27/swinia-iberyjska/

    OdpowiedzUsuń
  3. miałaś farta, nasza ośmiornica dziś była o połowę mniejsza... trochę śmieszno,trochę straszno żeby za 4 plasterki ziemniaka i kilka mikro plasterków osmiornicy zapłacić 24 zł...

    OdpowiedzUsuń